poniedziałek, 30 lipca 2018

Tinty z Korei - hit czy kit?


Kosmetykami koreańskimi jestem oczarowana od kilku lat. Może nie wszystko jest trafem w dziesiątkę, ale wśród azjatyckiego asortymentu znalazłam wiele perełek, które zwykle nie mają swoich zachodnich odpowiedników. Jak jest z tintami, które posiadam? Stanęły na wysokości zadania?

Może zacznę od tego, czego od tintu oczekuję. Dla mnie to produkt, który jest na ustach niemal niewyczuwalny i przede wszystkim długotrwały (cztery godziny i więcej). Ma zjadać się w sposób taki, bym nie musiała przeglądać się w lustrze. Nie ukrywam. Wymagam wiele.

Pod lupę weźmy trzy tinty, które zamówiłam od Jolse: Water Drop Tint (Laneige), Cloud Ink Velvet (Peripera) oraz Ink the Airy Velvet (Peripera)


Tinty Peripera poleciła mi Interendo. A że ufam jej azjatyckim wyborom - skusiłam się na dwa z różnych serii. I fakt. Są to kompletnie inne formuły i efekty. Cloud Ink Velvet jest lekki jak... Chmurka, czy mus. Naprawdę. W ogóle nie czuć go na ustach! Najbardziej lubię go wklepać w środek warg. I rzadko aplikuję inaczej. Poprawki mam wtedy z głowy na wiele godzin i nie muszę martwić się o nieestetyczne schodzenie. Taki look często wykończam bezbarwnym błyszczykiem. Mój kolor to Premium Red.


Ink the Airy Velvet (w kolorze Dry Rose Brown) to już totalnie inna konsystencja. Jest niemal jak woda! Ale tutaj trwałość też jest inna, choć nie taka zła. Może ze względu na kolor?
Używam go rzadziej niż ten pierwszy, aczkolwiek też bardzo lubię. Traktuję go raczej jak pomadkę, ale nie wykluczam sprawdzenia tej formuły w innym kolorze w przyszłości. Jestem ciekawa, czy przy czerwieniach efekt będzie podobny. Zobaczymy. Aha! Przy pomocy aplikatora ciężko uzyskać efekt ostrych krawędzi. Jest raczej rozmyty, co wygląda dość ciekawie...


Trzeci tint (Peach Coral) wybrałam ze względu na markę, do której po prostu mam słabość. Laneige trafia do mnie wszystkim. Filozofią, designem, kolorami... Jakże bardzo zdziwiona byłam konsystencją tego kosmetyku! Niby gęsty, niby otulający usta, ale nie klejący. Nawilża. Co więcej - kolor od razu po aplikacji na wargi jest tak jasny, że początkowo byłam na siebie wściekła, że nie wybrałam intensywnego różu. Okazuje się jednak, że po kontakcie z ustami ciemnieje jakieś tysiąc razy... Nie mam pojęcia, dlaczego jest to rozwiązane w ten sposób, ale chwała im, że docelowo kolor rzeczywiście jest taki, jaki miał być. On też jest niewyczuwalny na wargach i mimo dość jasnego koloru pięknie ich się trzyma. Już planuję inne kolory!


I choć może rozpływam się nad tintem z Laneige, to moim obiektywnym zwycięzcą zdecydowanie jest Cloud Ink Velvet, który jeździ ze mną na każdy dłuższy wyjazd. Dzięki kolorowi robi piękną robotę. Wystarczy pomalować rzęsy i makijaż gotowy.


Jak widać na załączonym obrazku, czasem warto posłuchać "starszej" koleżanki. Pata, ponownie rozpaliłaś moją miłość do tintów, bo dwa poprzednie starcia nie były udane. Te produkty są kwintesencją tego, czego szukałam od lat! Dziękuję!
utf