niedziela, 14 października 2018

Fitomed - czy zachwyt nad marką trwa?


Nie skłamię, jeśli powiem, że Fitomed jest moją ulubioną, polską marką. Nie skłamię również, jeśli powiem, że poniekąd wyleczyła mnie ona z ciągłego spoglądania w stronę marek ekskluzywnych. Ale nie będę udawać - czasem jeszcze się złapię na kupnie czegoś, bo wygląda jak za miliony monet. Sorry not sorry. Mam to chyba we krwi.

Fitomed jest marką na każdą kieszeń i to w niej uwielbiam. Ich produkty stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej dostępne i można je znaleźć choćby w drogerii Natura (nie wszystkie, ale jednak). Kto by pomyślał... Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że niebawem będzie można znaleźć tam ich cały asortyment! W tym poście pokłońmy się nad Moim Kremem Numer 2, Olejkiem Miejskim z kocanką oraz Esencją Nawilżającą z różą


Mój Krem Numer 2 to absolutnie najlepszy krem odżywczy, jaki używałam w przeciągu całego życia. Naprawdę! Pozostawia skórę gładką, odżywioną, ale tak prawdziwie. Nie na kilka godzin. Przy leczeniu Curacne odżywienie to dla mnie priorytet i żaden inny krem nie zrobił tego w taki sposób jak ten. Dla przykładu: krem z Givenchy za ponad pół tysiąca dawał może 65% tego, co wyżej wspomniany, a niebieska Miya Call Me Later w 55%. Jestem pewna, że wrócę do niego na zimę i będę stosowała w formie nocnej kuracji.


Ważne - jego konsystencja jest dość ciężka. Raczej nie widzę go pod makijażem. Tzn. na pewno nie przy cerach innych niż bardzo suche. Jeśli myślisz o nim na poważnie, weź na to poprawkę. Przyda się choćby transparentny puder. Inaczej wszystko przylgnie do twarzy.


Jakiś czas temu Fitomed wydał nowość - Olejki Miejskie. Jeden z kocanką, drugi z różą. Stwierdziłam, że na obecny czas bardziej przyda mi się kocanka. Przyznam, że ma bardzo charakterystyczny zapach, żółtawy kolor (nie pozostawia go na skórze) i jest dość płynny. Nie wchłania się do matu, pozostawia po sobie średni połysk, ale nie miałam z nim problemu podczas noszenia makijażu. Stosuję go kilka razy w tygodniu na krem. Solo jest dla mnie zbyt słaby.


Przyznam, że po zderzeniu z Bless Me Saint Oil moje oczekiwania względem kosmetyków olejowych są ogromne i ciężko będzie je pobić. Nie wyparł go, ale cały czas czeka w pogotowiu, na swoją kolej. Przyjemnie wycisza skórę, również ją natłuszcza oraz sprawia, że to, co pod nim, trzyma się po prostu lepiej. Czy to w ciągu dnia, czy nocą. Przydaje się również do smarowania skórek wokół paznokci lub końcówek włosów. To fajna opcja na zbliżające się, chłodniejsze dni. Pozwoli zabezpieczyć skórę przed niską temperaturą i zatrzyma wilgoć w środku.


A co z esencją? Jak widać na zdjęciach, zaopatrzyłam się już w kolejne opakowanie... Prześwietny produkt, który rotuję sobie z ślimakowym produktem od COSRX. Może nie jest tak silna jak tamten, ale już to, że wymieniam dwa kosmetyki, a w szafce czeka zapas, mówi wiele. Pięknie pachnie, uroczo wygląda, bardzo szybko się wchłania i jest znakomitą bazą przed kremem. Aplikuję ją na delikatnie wilgotną od toniku skórę (co ciekawe - też z Fitomedu). Dzięki temu zużywam jej mniej, a sama wchłania się lepiej. Esencja ta sprawia, iż każdy kolejny produkt działa silniej, a samoistnie pięknie napina skórę i trochę ją nawilża (w przypadku skór ekstremalnie suchych). Jestem szalenie ciekawa, czy wystarczy sama, kiedy skończę już kurację... Tak, czy siak. Dla tych, którzy pomijają ten ważny krok - zdecydowanie punkt do odhaczenia na liście zakupów.


Wracając do samego początku mojej wypowiedzi - Fitomed zdominował moją pielęgnację i Fitomed po prostu uwielbiam. Uwielbiam za to, że ich formuły sprawdzają się u mnie, a ceny kosmetyków są takie, że może pozwolić sobie na nie nawet nastolatka. Z tego miejsca życzę sobie i marce, aby dalej szła tą drogą i żeby stworzyła jeszcze mnóstwo cudownych kosmetyków, na które już szykuję miejsce na blogu!
utf