środa, 7 marca 2018

O idealnych zdjęciach, makijażach i życiu


W związku z tym, że za oknem szaro, buro i ponuro, to i słodko-gorzki temat pod lupę wezmę. Każdy z nas ma jakieś kompleksy, ale tylko od nas zależy, czy dana cecha zostanie przez nas zaakceptowana, "naprawiona", czy to niemiłe poczucie zostanie z nami na zawsze...

Czy w ogóle warto mieć kompleksy? Głupie pytanie. Zatem skąd się w ogóle biorą? A no. Z ideałów, które ktoś wykreował i w które społeczeństwo wierzy.


Jeśli chodzi o wszelkie, dzisiejsze ideały, jestem trochę taką outsiderką. Nie uważam, że dla kobiety zarezerwowana jest tylko czerwona pomadka, a najpiękniejsi są Ci, którzy w nazwie na Insta mają "fit". W ogóle nie uważam, że ideały istnieją. Nie wierzę w nie. Dlaczego więc na siłę kreujemy w sieci idealne życie, idealny wygląd, idealne jedzenie, bogactwo? Może chęć uwierzenia w ideały jest silniejsza od nas?

Jasne. Lubię popatrzeć na piękne fotografie, ładne twarze, czy drogie kosmetyki, ale traktuję to jako przyjemność, nie chęć zaprogramowania, nie przymuszanie siebie do życia w ukazany sposób, przyjęcia pewnych postaw.

Poza tą Justyną, którą znasz z bloga, jest jeszcze ta druga. Na blogu obnażam tylko część siebie, jakiś niewielki ułamek. I - o zgrozo! - moje życie też nie jest idealne. Ale to już chyba jasna sprawa?


Włączył mi się chyba wewnętrzny filozof, ale chciałabym zwrócić uwagę na problem XXI wieku. Piętnastolatki boją się wyjść do sklepu po bułki bez makijażu! Uważają, że bez niego są nieładne, niekompletne, brzydkie. I tu nie mowa o tuszu do rzęs, ale o pełnym, kompletnym makijażu. Absolutnie nie mam nic do tego, że dziewczyny w tym wieku się malują. Sama to przecież robiłam. Team czarna kredka na linię wodną i za ciemny podkład is here!

Mam na myśli samą świadomość kobiet, że bez makijażu są niepełne. A przecież napisałam. Ideały nie istnieją.

Jak poważny jest ten makijażowy problem? Na tyle, że pewien czas temu usłyszałam, że jak to w ogóle możliwe, że ja, blogerka podejmująca tematy urody, nie noszę na co dzień makijażu?! Jak to?!

I to nie było pytanie. To był zarzut. Autentycznie czułam się zaatakowana przez obcą osobę, która wydawałoby się, że jest osobą dojrzałą, ma swoje zdanie i akceptuje zdanie innych. Nic z tych rzeczy.


A czemu nie noszę? Bo NIE LUBIĘ. Proste. Makijaż mnie nie definiuje, nie jest częścią mnie i nigdy nie pozwolę, by ktoś dyktował mi, kiedy mam się szpachlować, a kiedy mogę już odpuścić. Gdy będę miała ochotę, odstrzelę się w czerwonych ustach, by szlachetnie wyrzucić śmieci, a innego dnia pójdę na imprezę tylko w kremie (i ubraniach).

Już dawno przestałam przejmować się opinią innych na temat mojego ubioru, czy wyglądu. To tylko moja sprawa, co mam ochotę nosić i jak wyglądać, a nie zawsze tak było. Życzyłabym sobie, by inni też odnaleźli w sobie ten luz i przyjemność z życia. Nigdy konieczność.


Proszę. Nie wierzcie, że blogerzy i inne osoby postujące w sieci mają idealne życie. Niech nigdy nasze (bo przecież też w tym uczestniczę) zdjęcia, czy słowa nie sprawiają, że poczujesz się gorzej. To nie temu służy.

Jeśli masz ochotę nosić tylko czarne ciuchy - droga wolna. Jeśli nie lubisz swoich piersi - polub je albo zoperuj, to tylko dodatek do życia. Jeżeli chodzisz non stop w makijażu, bo lubisz - proszę bardzo! Ciesz się, że jesteś zdrowa, że masz kogoś bliskiego i dach nad głową. W życiu nie liczą się kosmetyki i dobra materialne, ale samopoczucie oraz tu i teraz, nasze czyny. Tylko od Ciebie zależy, w jaki sposób zagospodarujesz ten czas.


Dopóki nie krzywdzisz drugiej osoby, rób co chcesz, nie obchodzi mnie to. Ale pamiętaj, by w tych materialistycznych czasach zadbać także o siebie i swoją głowę. By po prostu być sobą. Najlepszą (nieidealną) wersją siebie.
utf